Pabianicki Półmaraton

Pabianice na rozpoczęcie sezonu

Biegowy sezon 2017 rozpoczęty. Tym razem na imprezę otwarcia padło na pabianicki półmaraton, który odbył się w niedzielę, 2 kwietnia.

Do Pabianic wyruszyłem z postanowieniem mocnego początku. Chodziło o to, aby wycisnąć z biegu ile się da i zobaczyć na ile mnie stać. Zimą biegałem regularnie, infekcje omijały mnie z daleka. Co prawda przechodziłem mniejsze i większe problemy z bólem pleców, które zawalały mi często przyjemny trening, ale generalnie było nieźle.

Na miejsce dojechaliśmy na tyle wcześniej, że mogliśmy na spokojnie skorzystać z lokalnej gościnności. Tego typu, bardziej kameralne imprezy, mają swoją moc! Od 9:00 były otwarte na stadionie namioty, gdzie wszyscy bez wyjątku mogli napić się kawy, herbaty, korzystać ze słodyczy, a także lokalnego chleba ze smalcem! Dookoła znajdowało się również trochę stoisk z fast foodami, lodami czy kawą z ekspresu.

Od samego rana po stadionie kręciło się sporo rodzin z racji wcześniejszych biegów dla dzieciaków. Już od ok. 10:00 większość ludzi na stadionie chodziła w krótkich rękawkach – zapowiadała się prawdziwie letnia pogoda.

O 11:00 start ze stadionu. Uczestników sporo, blisko 1300 osób. Nie udało mi się przed wystrzałem startera ustawić w zadowalającej mnie części, stąd na początku niemiłosiernie męczyłem się z tempem oraz mijaniem biegaczy. Dopiero po jakimś czasie stawka się przerzedziła i można było spokojnie zacząć walkę tylko i wyłącznie ze sobą.

A było z czym walczyć…

Mimo, że lubię ciepło, to gwałtowny przeskok pogodowy dał się wszystkim we znaki. Kubki z wodą lądowały na głowie oraz w gardle na każdym punkcie. Ciężko oczywiście o odrobinę cieniu na asfalcie.

Plusem Pabianic jest z pewnością trasą – choć głównie po okolicznych miejscowościach miedzy pojedynczymi domami, to z bardzo niewielką liczbą zakrętów. Biegło się świetnie właśnie dzięki długim prostym, które pozwalały wpadać w odpowiedni trans przy morderczej pogodzie!

W drugiej połowie dystansu rzucam co jakiś czas okiem na zegarek, kalkuluję w głowie i wychodzi, że być może uda się poprawić życiówkę. Ostatnie 2 kilometry dociskam już bardzo mocno gaz tym bardziej, że zgromadzeni przed stadionem ludzie dodają siły. Wpadam na metę, a na moim zegarku wyświetlił się komunikat o nowym rekordzie! Sukces okazał się o tyle połowiczny, że obowiązującym czasem w Pabianicach był czas brutto, a ja wystartowałem ponad 10 sekund po oficjalnym starcie. W oficjalnym wyniku brakuje 2 sekund do wyrównania rekordu sprzed dwóch lat z Nocnego Półmaratonu we Wrocławiu 🙂

Przy niesprzyjającej pogodzie kończyłem jednak zawody z wysoką podniesioną głową. Udało się ukończyć Pabianicki Półmaraton na 124 miejscu pośród ponad 1200 kończących zawody. Uznaję jednak oficjalnie za swoją życiówkę czas sprzed dwóch lat, więc tym bardziej większa motywacja do startu jakimś półmaratonie w tym roku.

Same Pabianice polecam dla osób, które niekoniecznie kochają klimat gigantycznych imprez z Warszawy czy Poznania. Pabianice to świetne miejsce na sprawdzenie swoich możliwości dzięki luzowi wśród uczestników oraz płaskiej i wygodnej trasie.

Podziel się wpisem
Podobne wpisy
City Cross Częstochowa
Częstochowski cross
Czy da się biegać bez planu?
Biegowy grudzień

Zostaw komentarz

Twój komentarz

Imię
Twoja www