Mój pierwszy maraton

Stało się. 28 września 2014 stałem się maratończykiem pokonując dystans 42,195 km w cztery godziny, cztery minuty i dwadzieścia dziewięć sekund.

Do Warszawy udaliśmy się dzień wcześniej, by na spokojnie ulokować się, a także odebrać pakiet startowy i pospacerować po mieście. Końcówka września rozpieściła nas przepiękną, słoneczną pogodą, co bardzo pozytywnie nastrajało.

Na miejsce swojej mety obraliśmy popularny wśród budżetowców hotel Aramis, gdyż za nocleg w trzyosobowym pokoju zapłaciliśmy jedynie stówkę. Warto było dokonać wcześniejszej rezerwacji, gdyż na trzy tygodnie przed maratonem zwróciłem uwagę na problem z dostępnością miejsc. Najważniejsze atuty obiektu poza ceną to:

  • – własny parking (cała doba 30 zł)
  • – prosty dojazd
  • – świetna komunikacja ze Stadionem Narodowym – linia 166 jedzie tam bezpośrednio, spod hotelu!

Dojeżdżając do stadionu czuć było już święto biegania. Zewsząd nadciągające osoby, stoiska na zewnątrz obiektu, a także rozbudowana oferta imprez towarzyszących. W biurze zawodów jak w ulu. Byłem o tyle spokojny, że wszystko to wyglądało bardzo podobnie jak na ostatnim Półmaratonie Warszawskim, który odbywał się w końcówce marca.

biuro-zawodow

Odebrałem swój zestaw, ruszyliśmy na miasto. Te spacery na dzień przed bardzo dobrze na mnie działają. Można solidnie rozruszać nogi i pooddychać świeżym (warszawskim – nieświeżym?) powietrzem.

Wieczorem przygotowanie wszystkich rzeczy do startu, łącznie z zestawem śniadaniowym, tak, by rano myśli nie były zaprzątnięte sprawami organizacyjnymi. Skompletowany zestaw spoczywał obok łóżka przez całą noc.

pakiet-startowy

Pobudka o 6:00 rano. O dziwo mój organizm podszedł na zupełnym luzie do tematu i zanim na dobre zdążyłem przetrzeć oczy, wsuwałem mleko z płatkami. Po małej przerwie przyszedł czas na dwie połówki bułki ze sporą ilością miodu i można było myśleć o powolnym przygotowaniu się i ruszeniu w stronę stadionu.

Małe zdenerwowanie zawsze powoduje, że wole być na wszelkiego tego typu imprezach ze sporym wyprzedzeniem. Rano oczywiście upewniłem się, czy tego dnia nie zmieniano przypadkiem czas i ruszyłem – pokonując drogę częściowo autobusem, a częściowo na nogach – dla lepszego samopoczucia. Gdy przybyłem w okolice Parku Skaryszewskiego, była 8:00. Pokręciłem się w okolicach stadionu, a następnie rozpocząłem bardzo lekką rozgrzewkę, by nie obudzić dokuczającej w ostatnim czasie nogi. Wiedziałem, że lekki ból minie w czasie biegu przy mocnym dogrzaniu.

Przed samym startem, gdy pomału szykowałem się do znalezienia swojej strefy czasowej, pojawiła się żona z dzieckiem, której mogłem powierzyć zbędny ekwipunek, w tym bluzę z kapturem, której zagrzewałem się przed wyruszeniem w trasę.

przed-startem

Przemysław Babiarz jako konferansjer na starcie maratonu.

Przemysław Babiarz jako konferansjer na starcie maratonu.

Spora impreza, więc rosnąca adrenalina zaczęła udzielać się wszystkim. Kulminacyjnym momentem oczywiście „Sen o Warszawie” Czesława Niemena i można było się czołgać do linii startu.

A teraz wrócę do okresu na kilka dni przed Maratonem Warszawskim – w tym czasie na wszystkich portalach biegowych pojawia się mnóstwo materiałów kierowanych zwłaszcza do debiutantów. Sam byłem tym targetem, więc żadnego z nich nie odpuszczałem, choć większość wskazówek pokrywała się. Naczytałem się mnóstwo przestróg przed zbytnim lekceważeniem dystansu 42,195 i o późniejszych kryzach po 30 – tym kilometrze biegu.

Naładowany tymi informacjami rozpocząłem spokojnie, choć faktycznie pod względem nawodnienia, najedzenia i ogólnego samopoczucia czułem się naprawdę dobrze. Teraz wiem, że była to najmądrzejsza decyzja, a chłodna głowa uchroniła przed przykrymi wspomnieniami z pierwszego maratonu. Przez cały czas biegło się świetnie, choć oczywiście końcowe kilometry ciężko. Na tego typu biegach sporo robi adrenalina, zgromadzeni kibice, grająca muzyka przy której potrafią przejść ciarki…

Ukoronowaniem całego trudu była meta na płycie stadionu, co z pewnością dla każdego nowicjusza będzie niesamowitym przeżyciem.

Po cichu liczyłem na złamanie czterech godzin, skończyłem w 4:04:29. Co ważne, podczas całego biegu liczyłem na podpowiedzi tylko i wyłącznie swojego organizmu. Nie miałem żadnego GPS ani zegarka. Nie korzystałem również z własnych żeli – z prostego powodu – nigdy w życiu ich nie używałem. Trasa była tak zaopatrzona w punkty odżywcze – wodę, izotoniki i banany, że dziwiłem się osobom, które męczą się z pasami, nerkami czy plecakami.

Jak to zwykle bywa wśród początkujących maratończyków, po samym biegu ledwo chodziłem, podobnie było w poniedziałek. We wtorek, mimo sporego osłabienia, doszedłem z chodzeniem do siebie, w czym pomogła przejażdżka rowerem. Zacząłem myśleć o przyszłorocznych maratonach. Dziś – czwarty dzień po, a ja biegnę! Bez ciśnienia, całkowicie rekreacyjnie. Udało się bez żadnego problemu pokonać 8 – 9 kilometrów.

Mimo wielu obaw wszystko skończyło się super. Duma do tej pory rozpiera i jest nieporównywalna chociażby do pierwszego przebiegniętego półmaratonu.

Po Maratonie

Maraton, to brzmi dumnie 🙂

Podziel się wpisem
Podobne wpisy
Maraton Karkonoski
Krwawy Maraton Karkonoski
3 Bieg Policz się z Cukrzycą - Częstochowa
Policz się z cukrzycą – Częstochowa
I Cracovia Półmaraton Królewski
Życiówka w Krakowie

Zostaw komentarz

Twój komentarz

Imię
Twoja www